Rozmowa z Agnieszką Stanek

30 maja 2015 Na szezlongu

Agnieszka StanekAgnieszka Stanek – reedukatorka, nauczyciel w warszawskiej szkole dla dzieci głęboko i znacznie upośledzonych. Poznałyśmy się 25 lat temu w dziecięcej piaskownicy, w której bawili się nasi synowie. W moim przekonaniu Agnieszka jest dobrym fachowcem, uczciwym człowiekiem i fajną babką z jajami

Skąd się biorą zaburzenia dyslektyczne, dysgraficzne, dysortograficzne?

Tego nie wie nikt.

No to pogadałyśmy.

To są mikrouszkodzenia mózgu, ale nikt nie wie, czym wywołane. Czy pojawiają się ot, tak? Może wpływ mają te czynniki, które mogą powodować upośledzenie: zatrucie ciążowe, nieprawidłowy poród, niedotlenienie płodu. Obserwujemy pewną prawidłowość, że mogą być dziedziczne. Jeśli takie tendencje mają rodzice, to dzieci zwykle też. Ale jest znaczna grupa, w której rodzice nie mieli, a dzieci mają, albo odwrotnie.

Mówi się, że kiedyś „tego” nie było, a teraz jest na „to” moda.

Było zawsze, jak upośledzenie czy nowotwór. Tylko było nienazwane. Nikt się nad tym nie zastanawiał. Dzieciak musiał i już, najwyżej dostał dwóję, linijką po łapach albo musiał klęczeć w kącie na grochu. Nikt nie dopatrywał się w „tym” zaburzenia.

Albo lenistwa. Szczególnie starsze pokolenie uważa, że dysleksja to współczesne wymysły.

Może czasami trochę tak, ale to jest nieznaczący odsetek. Nawet kiedy podejrzewałam lenistwo, okazywało się, że ono na zaburzenie tylko się nakładało. Bo jak czegoś dziecko nie umie, to nie lubi. W związku z tym nie chce tego robić, więc nie ma jak się poprawić.

Jak „to” się diagnozuje?

Poradnie chyba mają standaryzowane testy. Mówię „chyba”, bo nie mam do czynienia z reedukatorami z poradni. Z samymi poradniami niestety tak i mam nadzieję, że wreszcie zostaną zlikwidowane. Diagnoza opiera się o pewne ćwiczenia, wtedy wychodzi to, jakie dziecko robi błędy. Mnie wystarcza pierwsza lekcja. Sprawdzam na niej percepcję wzrokową i słuchową. Stosuję do tego między innymi rebusy. Odjąć sylabę, dołożyć do obrazka, i tak dalej. Najprostszy rebus przy zaburzonej percepcji słuchowej jest dla dziecka koszmarem. Pomocne są rymowanki. Proszę: Podaj mi rym do „zupa”… Może to zły przykład… Do: ząb. Przy zaburzonej percepcji słuchowej znalezienie rymu jest bardzo trudne. Inna zabawa: dziecko ma zacząć wyraz na głoskę, na którą kończy się ten podany przeze mnie. Na przykład: ja mówię „dom” – dziecko szuka wyrazu na „m”. Przy zaburzonej percepcji słuchowej wysłuchanie tego „m” bywa niemożliwe, tak samo jak płynne czytanie. Dziecko nie rozumie, co czyta, nie umie odpowiedzieć na żadne pytanie związane nawet z krótkim tekstem. Przy zaburzonej percepcji wzrokowej mylą się litery, bardzo często te podobne, w lustrzanym odbiciu – pionowym lub poziomym: „u” myśli się z „n”, „m” z „w”, „g” z „p”. Do tego jeśli litery w czytaniu „się gubią”, ba! „gubią się” całe sylaby, to „giną” także przy pisaniu. Z wyrazu „zrozumiałam” robi się: „zmiałam”. Percepcję wzrokową można sprawdzić chociażby porównywaniem obrazków i znajdowaniem różniących je szczegółów. Co ciekawe, dysortografik doskonale zna regułki ortograficzne. W teorii. Bo pisze raz tak, a za chwilę, pod spodem, inaczej. Wydaje się: przecież widzi. A on nie kojarzy: ani z regułką, ani z tym, że przed sekundą napisał inaczej. Dobrze lub źle, ale inaczej. Podsumowując: dziecko zrobi ćwiczenie na pisanie, czytanie, wysłuchiwanie, spostrzegawczość, i już wiadomo, co w trawie piszczy. W tym wszystkim najmniejszym problemem jest dysortografia. Częściowo można się jej wykuć, są wydłużone czasy pisania prac egzaminacyjnych i inne ocenianie dysortografika. Ale jeśli dziecko w ogóle nie rozumie, co czyta, to jest o wiele poważniejszy problem niż napisanie „góra” przez „u”.

W szkole chyba dosyć wcześnie można wyłapać te problemy.

Przede wszystkim szkolny sposób nauczania alfabetu jest dla dzieci dyslektycznych trudny. Uczą się: „a”, „be”, ce”, „gie”, „em” – więc tak piszą. W literze „g” mają trzy głoski. Dyslektyk z zaburzoną percepcją słuchową, jak nie umie płynnie pisać, to sobie literuje, i jak ma napisać: „gaduła”, to napisze: „gieadeueła”. Dlatego bardzo tego pilnuję i na moich lekcjach jest najkrócej wymawiana litera, jak tylko się da. Nie ma „wu”, jest „w”, nie ma „jot”, jest „j”.

W jaki sposób reedukujesz te zaburzenia?

Tysiącem pomocy, które zebrałam przez prawie 25 lat. Znacząca część reedukacji musi być w formie zabawy, ponieważ dotyczy małych dzieci, z pierwszej, drugiej klasy szkoły podstawowej. To znaczy: dobrze, żeby rozpoczynać reedukację właśnie w tym wieku. Im później, tym gorzej. Kiedyś w styczniu trafiła mi się majowa maturzystka. Zadzwoniła jej mama, że im bardzo zależy. Dziewczyna nie miała żadnych orzeczeń, a kompletnie nie umiała pisać. Najpierw mnie zatkało. Obudziły się cztery miesiące przed maturą! Niestety, cudów nie ma i dokładnie im to wyłuszczyłam.

Szuflada z pomocami.
Szuflada z pomocami.

No właśnie. Przecież uszkodzenie w mózgu nie zniknie. Chyba wytwarzane są nowe połączenia międzyneuronowe.

Trening czyni mistrza, w każdej dziedzinie. Dodać należy, że przy tego typu zaburzeniach dziecko zazwyczaj ma również kłopoty z koncentracją, dlatego w reedukacji sprawdza się praca jeden na jeden. W poradniach zwykle na jednego reedukatora jest tylu chętnych, że zajęcia nie mogą być prowadzone w takim systemie. Dwoje czy troje dzieci równocześnie na jednej lekcji – to nie ma sensu, nikogo się zbiorowo nie wyreedukuje. Kiedy dziecko jest jedno, reedukator ma możliwość dopilnowania jego koncentracji. W innym przypadku, kiedy zajmie się Jasiem, Kasia odpuszcza. Oczywiście w lekcjach indywidualnych można dziecku odpuścić, kiedy widać, że jest zmęczone. Chodzi o to, że kiedy jest więcej niż jedno dziecko, żadne nie skorzysta. Tak dobieram ćwiczenia, by była różnorodność. Nie dlatego, że ja jestem chaotyczna, tylko dlatego, że w innym przypadku dziecko by się nudziło. Jeśli na percepcję słuchową robimy rebusy, to nie może ich być piętnaście, bo przy trzecim dziecko będzie miało dość. Trzeba „przerzucić się” na ćwiczenie percepcji wzrokowej i na przykład porównujemy obrazki. Musi być różnorodność i rotacja zabaw.

Ile trwa taka lekcja?

Maksymalnie 45 minut. Rodzice czasem bywają zawiedzeni, że tak krótko. Płacą, to wymagają i chcieliby godzinę zegarową albo i dłużej. A to i tak dla niektórych dzieci jest za długo, na przykład dla tych, które dodatkowo mają ADHD, a bywa, że się to nakłada. Wtedy takiemu dziecku trudno jest wytrwać nawet pół godziny, bo jego możliwość koncentracji bywa bliska zeru. Mówi się, że pełna koncentracja jest możliwa maksymalnie przez 20 minut, dotyczy to dzieci bez zaburzeń, a nawet dorosłych, Więc dla dyslektycznego dziecka godzina to zbyt dużo.

agnieszka-stanek-reedukacja
Reedukacja musi być zabawą.

 

Ile trwa cały proces reedukacji?

Różnie. Niestety nieraz rodzice lub dzieci rezygnują zbyt wcześnie, bo już im się wydaje, że jest świetnie. Jak taka reedukacja trwa rok czy dwa, to wszystkim się wydaje, że… ile można, że dziecko już wszystko umie. Kiedy jako reedukator mówię, że jeszcze nie, to bynajmniej nie dlatego, że ja chcę zarobić, tylko dlatego, że uważam reedukację za niezakończoną. To jest tak jak z nauką języka obcego. Są tacy, co perfekcyjnie nauczą się w rok, ale dla wielu dwa lata to zbyt mało. Kiedy rodzice pytaj dziecka, czy chce dalej przychodzić, to nie mam złudzeń: jak ma do wyboru pograć w gry komputerowe albo ze mną posylabizować, wiadomo, co wybierze. Przez dwadzieścia pięć lat niestety nie trafiłam na dziecko, które by powiedziało: „Mamusiu, uważam, że powinienem mieć reedukację jeszcze przynajmniej przez najbliższy rok szkolny”.

Rodzice pewnie mają parcie na efekt.

Tak, zwłaszcza po pierwszych dwóch – trzech lekcjach pytają: „I jak tam?”. Ja oczywiście ich rozumiem. Ale mogę odpowiedzieć tylko tyle, że dziecko dobrze pracuje, stara się, jest pilne. Albo że się nie stara, czasem też tak bywa. Wiem, że rodzice oczekują postępów. Wtedy tłumaczę, że może być tak, że pojawią się za trzy lata.

Co myślisz o sześciolatkach w szkole?

(zapadła cisza, w której słychać trzy bardzo głębokie westchnięcia)

Mam mieszane uczucia. Westchnęłam trzy razy: trochę jako rodzic, trochę jako nauczyciel i trochę jako reedukator. Rozumiem rodziców, którzy nie chcą dzieciom skracać beztroskiego dzieciństwa. Z kolei naukowcy mówią, że najbardziej chłonny umysł jest między piątym a szóstym rokiem życia. Patrząc na Żydów, wśród których odsetek noblistów jest chyba największy i którzy do szkół idą od piątego roku życia, rozpoczęcie edukacji w wieku lat siedmiu to trochę za późno.

Moim zdaniem sześć lat to dobry wiek, ale trzeba zmienić system nauczania najmłodszych.

Nasze dzieci od razu wpadają w niesamowity kierat. Najlepiej by było, aby podejść do sześciolatków jak do małych dzieci: troszkę się pobawimy, troszkę pouczymy. Kwestia podejścia nauczycieli to jedno, ale straszne obłożenie programowe to drugie. Jeśli nauczyciel zacznie się bawić, to nie zrealizuje programu. Uważam, że w szkole jest zbyt dużo wiadomości.

Moja gimnazjalistka w trakcie odrabiania lekcji zapytała mnie o coś, zdaje się że z przyrody. Powiedziałam, że nie pamiętam, bo przecież dawno temu chodziłam do szkoły. A ona na to: „To po co ja się tego uczę?”.

Ponad dwadzieścia lat temu przez rok byłam wychowawczynią zerówki w zwykłej szkole. Poziom dzieci był różny. Jedne już czytały, bo wyniosły tę umiejętność z domu, inne nie odróżniały literek od narysowanego kwiatka. Dzieci trzydziestka, chciały się bawić, a program gonił. Podstawa programowa zakładała nauczenie wszystkich dzieci czytania, pisania i liczenia w określonym zakresie. Też chciałam się z nimi bawić, bo było mi ich żal, ale wiedziałam, że muszę zrealizować materiał.

Czasem dzieci nie mają dojrzałości szkolnej w wieku siedmiu lat, więc w wieku sześciu chyba tym bardziej.

Dlatego czasem trzeba odroczyć obowiązek szkolny, bez obciachu i wyśmiewania. Nie można na siłę posyłać dziecka do szkoły, bo zostanie trauma. No i zabrać trochę tych niepotrzebnych wiadomości, nie tylko z programu maluchów. Z całej szkoły. Szczegółowych informacji jest za dużo, a umiejętności zbyt mało. Trzeba uczyć znajdowania i korzystania z informacji, wyciągania wniosków. A teraz jest trzy razy zet: zakuć, zdać, zapomnieć.

Dlaczego chciałabyś likwidacji poradni reedukacyjnych?

Moim zdaniem od lat nie spełniają swojej funkcji.

Może je zreformować?

Może… Nie wiem… Tyle tylko, że ta reforma powinna polegać… Słuchaj, nie wiem, czy tego nie należałoby wyciąć…

Na pewno tego nie wytnę.

A to poczekaj, muszę się zastanowić, co mówię… Dobra: reforma poradni musiałaby polegać na zwolnieniu większości pracowników i najęciu nowych, świeżych. Współpracuję z poradniami na co dzień. Nie w zakresie reedukacji, tylko orzecznictwa o niepełnosprawności. To jest cała komisja: kierownik poradni, lekarz, logopeda, psycholog, pedagog. Sztab ludzi. Z uporem maniaka wypisują orzeczenie o niepełnosprawności na rok czy na trzy lata, a mówimy o dzieciach głęboko lub znacznie upośledzonych. Jak widzę takie orzeczenie, to – mówiąc delikatnie – mam ochotę taką poradnię zamknąć. Jak można dzieciakowi z zespołem Downa, który jest głęboko upośledzony, dać orzeczenie o inwalidztwie na tak krótki okres? Zaznaczam, że to nie jest Corky z amerykańskiego serialu czy nasz Maciuś z „Klanu”. Dzieci z zespołem Downa są głęboko lub znacznie upośledzone i nie nauczą się roli do filmu. Upośledzenie umysłowe się nie cofnie. Przy ciężkiej pracy może nastąpić poprawa – klasyfikacja mieści się w dość szerokich widełkach – ale ono nie zniknie. Oczywiście są poradnie, które wystawiają orzeczenie na okres całej podstawówki. Są i takie, które dają na okres całego kształcenia.

Czyli można. Kwestia ludzi.

Oczywiście, ale jednak większość daje na rok lub trzy lata! Dlatego mówię o zwolnieniach.

Czym to motywują?

Niestety, nie ma umotywowania. Chyba by musieli napisać: „Matka dziecka powiedziała, że w lipcu jadą modlić się do Fatimy, to my, komisja, liczymy, że stan się poprawi”. Jest orzeczenie, pieczątka jak na poczcie, zalecenia. Gdyby motywowali, to mogłabym podyskutować, ale tylko teoretycznie, bo orzeczenie jest dla mnie wiążące. Czy w takich poradniach wystarczy reforma?

Wróż Maciej powiedział, że się poprawi” – chyba rzeczywiście tak by brzmiało uzasadnienie głupoty za państwowe pieniądze, a ludzie najbardziej pokrzywdzeni przez los cierpią.

No więc pytam: co tu reformować? Kogo reformować? Zwolnić! Kolejny przykład: chłopak od lat jest u mnie na nauczaniu indywidualnym, upośledzony umysłowo i fizycznie, nie chodzi w ogóle, jest leżący. Opiekuje się nim prawie osiemdziesięcioletnia babcia. W poradni stwierdzono, że chłopak musi się stawić, bo cały wymieniony wcześniej sztab musi go przebadać. Nie ma Adama, nie ma orzeczenia.

Staruszka powinna przyjechać z łóżkiem.

Dodajmy, że pokoje pań z poradni – bo to głównie panie, chociaż w tym przypadku akurat nie ma ich winy – znajdują się na pierwszym albo i drugim piętrze bez windy. Babcia rozpłakała mi się w mankiet. Bo na miejscu co: ma go wnieść w koszyczku? Ani z nim, ani sama pojechać nie może. Jak się wściekłam, pojechałam do poradni, powiedziałam, że nie wyjdę bez odpowiednich dokumentów, i że ani babcia z łóżkiem, ani Adam nie przyjadą. Wszystko załatwiłam.

Czyli można.

Tak, tylko jak można w ogóle wyjść z pomysłem, żeby chcieć ich ściągnąć do poradni?! Znają całą historię Adama, rodzinną, intelektualną i zdrowotną, mają pełną dokumentację, więc ja się pytam: jak może komukolwiek przyjść do głowy, by kazać im przyjechać? To nie jest kwestia reformy poradni. Nie twierdzę, że wszystkie grzechy tego świata to wina pań. Ale czytając orzeczenia przez te wszystkie lata, niestety nie mam najlepszego zdania o wielu specjalistach. Zdarzały się opinie u dzieci z niewykształconym aparatem mowy, że „jest szansa, że będzie mówić”. Ręce opadają. Praca logopedyczna zawsze jest wskazana, ale cudów nie ma. Może zacznie wypowiadać pewne sylaby, ale wiadomo, że mówić nie będzie. A panie z poradni twierdzą inaczej. I tego się dowiaduje rodzic.

Łapie się nadziei, a jak nie ma poprawy, może mieć pretensje.

I słusznie. Dlaczego dziecko nie mówi, kiedy rodzic się dowiedział, że może mówić! Minęło pięć lat, a nadal nic. W takich momentach masz ochotę rzucić w taką poradnię odbezpieczony granat. Przecież my mamy najlepsze chęci i bardzo chcemy, aby tak było, jak sobie panie wymyśliły, ale w pewnych przypadkach jest to niemożliwe. W niektórych poradniach należałoby po prostu natychmiast wymieść takich „specjalistów”. Rutyna i głupoty z tego wychodzące są trudne do zniesienia. Motywowania nie ma, za to w orzeczeniu zawsze są zalecenia i my jesteśmy zobowiązani je wykonywać.

Nawet jak uznacie, że w danym przypadku co innego byłoby skuteczniejsze?

Nawet wtedy. Jak sobie jedna pani z drugą coś wymyśli, to my jesteśmy obowiązani i tyle. Możemy coś dołożyć, ale nie możemy zrezygnować z tego, co jest w zaleceniu. A czasem by się przydało, bo na dołożenie nie ma czasu. Wtedy dziecko wychodziłoby ze szkoły o dwudziestej, albo zwyczajnie nie ma siły na coś więcej. Były głosy o likwidacji poradni, czekam, aż to się stanie.

Gorzej, jak zlikwidują i nie dadzą nic w zamian.

No coś Ty, muszą dać. Wiesz, u nas jest i psycholog i pedagog, tyle że nie mają tych uprawnień co panie w poradni.

Czyli nie płacić za urzędniczki, tylko oddać uprawnienia do szkół. Przecież to proste

Właśnie. Część niezmanierowanych fachowców rozesłać po szkołach, zatrudnić świeżych, resztę zwolnić,.

O tak. Tych od głupich orzeczeń w trybie dyscyplinarnym. Komu podlegają takie poradnie?

Biuru Edukacji. Są poradnie w dzielnicach i opiekują się dziećmi chodzącymi do szkół w ich rejonie. Jeśli zostawić poradnie, to reedukatorów powinno być w niej tylu, by przy objęciu opieką rejonowych szkół, każdy reedukator mógł mieć z uczniem lekcje jeden na jeden przynajmniej raz w tygodniu. Troje uczniów na zajęciach, które – bo i tak bywa – są raz na trzy tygodnie, to zmarnowane pieniądze na etat dla tego reedukatora. Żeby się nie wiadomo jak starał, nie jest w stanie wyreedukować nikogo. A tak w ogóle uważam – i nie tylko ja – że tacy specjaliści powinni być w szkołach. Panie siedzą za biurkami i w sytuacji dziecka mało się orientują. Poradnie żyją własnym życiem, w oderwaniu od dzieci, od problemów. Lepiej etaty z poradni oddać szkołom. Nie znam nauczyciela, który – przy obecnym systemie, w obecnych warunkach – chwaliłby współpracę z poradnią. Jak w każdym zawodzie – tu też może trafić się ktoś niesympatyczny i niekompetentny i wtedy rodzice się skarżą, ale głównie przeszkadza im niedostępność, oczekiwanie na zajęcia, na orzeczenie. Różyczka, do której chodzę, spotkanie w sprawie orzeczenia ma wyznaczone na kwiecień czy maj – przy czym rodzice zgłosili się do poradni w grudniu, a na państwową reedukację w tym roku szkolnym nie ma żadnych szans. Tu już nie ma winy pań z poradni, bo jak we dwie mają po 150 dzieci, to żeby wcisnąć Różyczkę – a pewnie jest nie ona jedna – musiałyby kogoś wyrzucić. Dlatego powtarzam: tacy specjaliści powinni być przy szkołach.

Skoro reedukację warto zacząć jak najwcześniej, na co rodzic ma zwrócić uwagę? Może jeszcze zanim dziecko pójdzie do szkoły?

Przedszkolaki zostawmy w spokoju. To czas indywidualnego intensywnego rozwoju. Tak jak do czterech lat nie można mówić o żadnym spektrum autyzmu, tak samo poczekajmy z całą resztą reedukacyjną, szkolną. Logopedycznie można zacząć pracę wcześniej, już z czterolatkiem. Jednak nie ma co panikować, ale uwagę zwrócić można, na przykład na to, że dziecko nie umie się na niczym skupić, nawet na tym, co twierdzi, że lubi. Przyniosło papier i kredki, bo chce rysować, ale postawiło kreskę lub dwie i poszło się bawić samochodem, by za moment go zostawić i zająć się czymś innym, też na chwilę.

Na tabletach i telefonach mogą się skupić, tak jak na grach komputerowych.

Zaczęłyśmy rozmowę od tego, że głównie dziecko nie skupia się na tym, czego nie lubi, bo najczęściej tego nie umie. A jak nie umie, to nie lubi. Na grach komputerowych nawet dziecko mocno dyslektyczne i z ADHD skoncentruje się, nawet jest w stanie koordynować rękę ze wzrokiem, z czym przecież ma problem. Ale trening czyni mistrza. Skoro to lubi, to robi, a jak robi, to daje radę. Natomiast jeśli nie lubi technik szkolnych i nie może się skoncentrować na literkach w czasie, kiedy jego rówieśnicy to robią, jest to sygnał, że warto być czujnym. Może być tak, że za pół roku ruszy, bo na przykład dojrzeje, dorośnie. Ale jeśli to się przedłuża, to nie czekać do klasy czwartej czy piątej, bo to jest za długo. Przeczekajmy pierwszą klasę, ale w drugiej zacznijmy, nawet jakby miało to być profilaktycznie. Może być tak, że dziecko później dojrzeje, ale zajmijmy się tym, żeby nie okazało się, że jest późno. Zapobiegniemy większej niechęci dziecka do szkoły. Zresztą, obserwować powinni nie tylko rodzice, także nauczyciele, psycholog szkolny, pedagog. Są szkoły z reedukatorem na etacie, ale nie jest ich wiele, pewnie to kwestia zamożności organu prowadzącego.

Są rodzice, którzy dopatrują się nieprawidłowości tam, gdzie ich nie ma, albo zbyt wiele od dziecka wymagają.

Tak, są tacy, co już od nocnika sprawdzają, czy wszystko w porządku. Nie popadajmy w paranoję.

Nie zmęczyła Cię ta praca?

Dwa lata temu zrobiłam sobie przerwę. Może dlatego, że trochę mnie to znudziło. W sumie to jest zawsze dość to samo. Owszem, inne dziecko, jedno gorzej czyta, drugie nie chce pisać, ale kręcimy się wokół tego samego tematu. Może dlatego, że przez lata prowadziłam reedukację bardzo intensywnie, w czasie dwuletniej przerwy nie brakowało mi jej. Niedawno zostałam poproszona przez koleżankę o pomoc dziecku jej przyjaciółki. Powiem szczerze: nie chciało mi się. Ale nie odmówiłam. Dodam, że kiedy już się decyduję na pracę z uczniem, robię to bardzo solidnie i idę nie po to, by tracić swój czas, dziecka i pieniądze rodziców, tylko po to, żeby był tego efekt. To jest moja uczciwość nie tylko zawodowa, ale taka ogólna, życiowa. Więc jak poszłam do Różyczki, rozkręciłam się na nowo i jest fajnie.

agnieszka-stanek-zdj-2

Poprawiłaś jakość życia kilkudziesięciu osobom. Bez czytania i pisania trudno funkcjonować.

Ostatnio dostałam komplement. W jednej z galerii spotkałam mamę mojego ostatniego ucznia sprzed dwóch lat. Powiedziała, że właśnie o mnie myślała i nawet miała zadzwonić i podziękować, bo Mikołaj rewelacyjnie zdał testy do gimnazjum. Miło mi było.

Twój pierwszy w karierze uczeń, któremu Cię poleciłam, też sobie dobrze radzi, oczywiście jak na swoje możliwości i oczekiwania. Nie zrobił kariery naukowej, ale pracuje tam, gdzie lubi i jest zadowolony.

Zostałam wrzucona na głęboką wodę. Chłopak miał kilka zaburzeń jednocześnie, w tym głębokie ADHD. Wyjątkowo trudny przypadek. Co ciekawe, przy tym jego pobudzeniu i prawie zerowej koncentracji, dość cierpliwie wykonywał wszystkie ćwiczenia. A skoro mówimy o przeszłości: jeden z moich uczniów ze wspomnianej zerówki bardzo mi się przygląda, kiedy robię zakupy. Pracuje tam w charakterze obsługi, wykłada towar na półki. Wtedy był jedynym uczniem, którego nie promowałam do pierwszej klasy.

Czasem rodzice nie biorą pod uwagę, że to właśnie ich dziecko będzie rozwoziło chleb lub obsługiwało pralnię. Chcą, by robiło „karierę”.

Jego rodzice na szczęście byli świadomi i nie oczekiwali niemożliwego. Nie każdy będzie doktorantem. I dobrze. „Zwykli” ludzie też są potrzebni, inaczej nie miałby kto wykonywać podstawowych czynności, jak choćby wylanie asfaltu na spalonym moście.

Życzymy rodzicom, by byli czujni, ale przede wszystkim by chcieli mieć dzieci szczęśliwe, a nie tylko wykształcone.

agnieszka-stanek-zdj-3