Czas zadumy, czas żałoby…

1 listopada 2015 Obyczaje

Czas zadumy, czas żałobyListopad – Święto Zmarłych, Zaduszki, modlitwy o dusze najbliższych, którzy bezpowrotnie odeszli… Z życiem nieodłącznie związana jest śmierć, a ze śmiercią przeżywanie żałoby.
Kiedy umiera bliski nam człowiek czy niewinne dziecko, wyrażamy swój sprzeciw, kłócimy się z Bogiem, pytamy: dlaczego? Nie ma na to odpowiedzi. I nigdy nie będzie, bo to tajemnica.

Żałoba to reakcja emocjonalna.

Odpowiedź psychiki i ciała na śmierć kogoś dla nas ważnego. Do przejmującego smutku często dochodzi brak apetytu i bezsenność. Pojawić się może odczyn depresyjny, który w sytuacji skrajnej może przejść w zespół depresyjny.

Gdy ukochana osoba walczy z chorobą, do końca mamy nadzieję, że wygra. Jeśli kogoś ukochanego tracimy nagle, jest to dla nas szok. Przestajemy rozumieć sens istnienia, nie chcemy pogodzić się z rzeczywistością, nie możemy uwierzyć, że to koniec naszej wspólnej drogi. Serce przeszywa ból, duszę rozdziera żal, a wszystko to przyprawione jest ogromną złością na życie, na śmierć, na nas samych, na osobę zmarłą… Rodzi się poczucie krzywdy, często dochodzi poczucie winy, brakuje nam chęci do życia, wycofujemy się.

Trudno określić, ile powinien trwać czas żałoby.

Normy społeczne wyznaczają rok – stare porzekadło mówi, że muszą minąć cztery pory roku. Psychologowie uważają różnie. Z moich obserwacji wynika, że bez uszczerbku dla dalszego życia na żałobę można przeznaczyć około dwóch lat.

Czy istnieje „minimum żałoby”?

To jest sprawa bardzo indywidualna, uzależniona nie tylko od poczucia powinności, ale i światopoglądu. Osoby bardzo mocno związane z innymi uczuciowo, ale dojrzałe emocjonalnie i pogodzone z nieuchronnością śmierci, będą odczuwały smutek i żal, ale nie pozwolą, by żałoba zrujnowała życie im i innym.
Obserwując ludzi po stracie kogoś bliskiego często nie możemy powstrzymać się od ocen: „Minęły trzy lata, a ona całe dnie spędza na cmentarzu. Nadal cierpi”, albo „Jeszcze nie ostygła, a on już ogląda się za innymi. Łajdak bez serca”.

Przeżywanie żałoby nie musi wiązać się z jej okazywaniem.
Każdy z nas inaczej się cieszy, inaczej kocha, inaczej cierpi. Ten, kto nie manifestuje żałoby ubiorem, pracuje, stara się dobrze funkcjonować, może być głębiej poruszony i silniej przeżywać odejście osoby bliskiej niż ten, kto absorbuje swoim smutkiem całe otoczenie, nie chce wykonywać zwykłych czynności domowych, o nic nie dba, wykorzystuje śmierć osoby bliskiej jako pretekst do picia, zrzuca z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność za życie swoje i swojej rodziny.

Obrzędy związane ze śmiercią i pochówkiem są różne.

Inne w Warszawie, zupełnie inne na wschodzie Polski, kompletnie odmienne w innych krajach. To, co charakteryzuje Polaków, to traktowanie śmierci jako tabu, brak zapobiegliwości („jakoś to będzie”, „nie chcę myśleć o najgorszym”, „nie będę ściągać złego”, „mnie to nie dotyczy”), brak umiejętności wsparcia odchodzących, brak umiejętności wsparcia bliskich w żałobie. Nie uczą nas tego, to nie umiemy.

Śmierć często przychodzi nagle.

Ale nawet jak daje nam czas na przygotowanie się, rzadko kto umie to zrobić. W momencie śmierci kochanej osoby przeżywamy szok połączony z niedowierzaniem: „Jak to – nie żyje???”; „To niemożliwe. Za chwilę się obudzę i będzie tak jak dawniej”; „Ona na pewno zasnęła, ale za chwilę otworzy oczy”; „Przecież on zaraz wejdzie i usiądzie w swoim ulubionym fotelu”…

Pierwsza faza – zaprzeczenia – trwa dość krótko.

Mniej więcej miesiąc, chociaż zwykle krócej, zwykle do pogrzebu. Charakteryzuje się paraliżem emocjonalnym. Wydaje nam się, że nic nie czujemy, a dominuje uczucie niedowierzania.

Po szoku dość szybko przychodzi faza druga: buntu.

Trwa nieraz nawet rok. To w niej wyrzekamy się Boga, głosimy brak wiary w sens życia i sprawiedliwość, obarczamy winą siebie („powinienem był…”, „mogłam…”), innych („to przez złego lekarza”, „gdyby ją częściej odwiedzała”), złościmy się na osobę zmarłą („gdyby nie poszedł…”; „jakby posłuchała…”). To w tej fazie może (ale nie musi) zrodzić się poczucie krzywdy („jak mógł mi to zrobić!”; „całe życie mam pod górę, a tu jeszcze to…”). Targają nami silne emocje, z którymi często nie potrafimy sobie poradzić. W szkole nikt nas nie uczy ani o emocjach, ani o ich przeżywaniu. Jeżeli faza buntu nami zawładnie, przyjmujemy agresywną postawę zarówno wobec świata zewnętrznego, jak i siebie samych. I tak np. wycofujemy się z relacji międzyludzkich, zaniedbujemy emocjonalnie siebie i innych (rodzinę, przyjaciół), wpadamy w pracoholizm, podejmujemy ryzykowne zachowania, sięgamy po narkotyki, nadużywamy alkoholu…Niszczymy życie swoje i swoich bliskich. Poradzenie sobie z tą fazą żałoby świadczy o dojrzałości emocjonalnej dorosłego człowieka. Jeżeli nakręcimy się w buncie zbyt mocno, zabraknie miejsca na kolejną fazę żałoby. F

Trzecia faza: smutku.

Do wkroczenia w nią i pełnego jej przejścia potrzebne jest pewne wyciszenie emocjonalne. W stanie pobudzenia odczuwamy gniew i żal. Do przeżycia smutku potrzeba mniej energii, a więcej refleksji. Żal wpisany jest jeszcze w fazę buntu. Mój przyjaciel – opierając się na przemyśleniach jednego z filozofów – twierdzi, że żal z powodu śmierci kochanej osoby podszyty jest egoizmem: bo nie ma tej osoby dla mnie; bo mi jej brakuje. A nie biorę pod uwagę, że może jej nie brakuje mnie…

Charakterystyczne dla fazy smutku jest ograniczenie kontaktów towarzyskich (czasem także rodzinnych), ale podłożem tego jest smutek, a nie agresja i żal. Ta faza może trwać dość długo (kolejny rok). Jej przeżywanie najbardziej zagrożone jest stanami depresyjnymi, ale pełne przeżycie fazy smutku bardzo wzbogaca wnętrze dojrzałego człowieka.

Faza czwarta – to faza konstruktywnego działania na bazie przeżytych emocji.

Często odkrywamy nowe wartości, zmieniamy hierarchię ważności spraw, drobiazgi przestają mieć znaczenie. Zakładamy fundację, piszemy książkę, dajemy dobro innym. Okazuje się, że po tych tragicznie ciężkich chwilach nadchodzi najwartościowszy okres w naszym życiu.

Jeżeli minęły ponad 2 lata, a my nadal nie umiemy sobie poradzić z żałobą, zachęcam do konsultacji ze specjalistą (psychologiem lub psychiatrą).

Jak sobie radzić z żałobą?

W ogóle „sobie nie radzić”. Żałobę jako zespół emocji trzeba przeżyć. Najgorszą rzeczą jest tłumienie uczuć (to bomba z opóźnionym zapłonem) i bycie „twardym” (najprostsza droga do zgorzknienia). Każdy ma inne potrzeby, ale warto je sobie uświadomić i jeżeli ma nam pomóc wykrzyczenie złości i gniewu, wyszlochanie rozpaczy – trzeba wykrzyczeć i wyszlochać, w bezpiecznym emocjonalnie otoczeniu (jeden zrobi to w ramionach brata, inny w samotności, jeszcze inny pod troskliwym okiem terapeuty).

Potrzebny jest czas.

Nie po to, by zapomnieć, lecz by pamiętać i dalej żyć. Często inaczej, ale żyć, a nie wegetować.

Gdy nasz przyjaciel traci kogoś drogiego jego sercu, czujemy się niezdarni jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Wygłaszamy formułkę: „Jak będziesz czegoś potrzebować, to dzwoń”, i ze strachem czekamy: zadzwoni i co wtedy? Ale przyjaciel zwykle nie dzwoni… Z jednej strony czujemy ulgę, z drugiej mamy poczucie winy i nie mamy pomysłu, co dalej.

Chcesz naprawdę pomóc? Zmień komunikat.

Bo tym sztampowym zniechęcasz. Zamiast stwierdzenia: „jak będziesz czegoś potrzebować”, nie bój się pytać wprost: JAK mogę ci pomóc? CO mogę zrobić? Przestań myśleć o sobie, że Ty się czujesz głupio. Poczuj, czego potrzebuje przyjaciel. Uszanuj prawo do samotności, na prośbę towarzysz przy załatwianiu formalności, itd. Jeżeli nie dzwoni, sam daj znać: jestem, myślę o Tobie, możesz na mnie liczyć. Wskazane jest zachowanie delikatności i nie narzucanie się.

Co po żałobie?

Niezależnie od różnych podejść do życia i śmierci (reinkarnacja, zmartwychwstanie, armagedon i nastanie raju na ziemi, ateistyczna nicość, itd.), życie tu i teraz będzie trwało nadal. Życie osoby bliskiej się skończyło, ale nasze i innych najbliższych trwa. Jacek Kuroń bardzo kochał swoją żonę, która zmarła na raka, co nie przeszkodziło mu być bardzo szczęśliwym w drugim małżeństwie. Zmarłego dziecka nie zastąpimy innym, ale pielęgnując wspomnienie o pierwszym nie musimy terroryzować jego kultem drugiego, żyjącego.

Czas jest naszym sprzymierzeńcem.

Można powiedzieć, że po około dwóch latach mamy wybór: wracamy do życia, czy więdniemy, gorzkniejemy, mamy pretensje do świata zewnętrznego właściwie o wszystko, uciekamy w nałogi. Proces żałoby – na trochę inną skalę, ale jednak – związany jest nie tylko ze śmiercią, ale w ogóle z nieodwołalnym końcem: szkoły, dzieci w domu, miłości, małżeństwa, przyjaźni, pracy… Ale to już temat na inny artykuł.

Trzeba z żywymi do przodu iść” – pisał Asnyk.

Moment zwolnienia, zastanowienia i wyciągania wniosków jest potrzebny każdemu z nas. Śmierć kogoś bliskiego wymusza takie zwolnienie. Bo jak jesteśmy szczęśliwi, nie myślimy o ostateczności. A czasem warto.

Pierwotna wersja artykułu ukazała się w Gazecie Ruchu Abstynenckiego GRA
w dwóch częściach (listopad 2005 i listopad 2006).